Wczoraj było o grulach, ale to taki jesienny temat, a podobno już się szpaki sposobią do odlotu. Ani chybi w październiku spadnie śnieg. Pieczone ziemniaki, podobnie jak fondue, to jesienno-zimowe jedzenie.
Pierwszym wyzwaniem jest oczywiście znalezienie dobrych ziemniaków (pamiętam koszmarną wpadkę, kiedy piękne, duże, równiutkie kartofle okazały się odporne na obróbkę cieplną przez godzinę! Trafiły na stół twardawe, zabijając cały efekt i na nic się zdała sola w sosie szafranowym i sałatka z czerwonej kapusty z winem i jabłkami). Ja często do pieczenia używam czerwonych — jeśli nie mają oczek, zadrapań itd. nadadzą się wyśmienicie, a nie są takie wielkie jak paczkowane do pieczenia. Najpierw ziemniaki nakłuwam widelcem, dość gęsto. Potem je smaruję oliwą, a potem obtaczam w grubej morskiej soli (można już kupić sól z legendarnych bagien Guerande). Układam luźno w żaroodpornym naczyniu (tak, żeby dało się je w czasie pieczenia obrócić, potrząsając naczyniem), a na górze kładę gałązki rozmarynu. I do piecyka 200° na jakieś 40 minut. Potem się to wyjmuje, leciutko rozkrawa, do środka daje odrobinę masła z majerankiem lub czosnkiem albo ze szczypiorkiem, a na stole ustawia się sos jogurtowy (mój składa się z jogurtu, diżońskiej musztardy, dużej ilości majeranku i pieprzu; z solą trzeba ostrożnie — prawdziwa diżońska musztarda jest nie tylko mocna, ale i słona). Do towarzystwa takim ziemniakom pasuje marynowany łosoś albo (jeśli ktoś jada) śledź. I dużo zielonej sałaty.