Szczaw to jest wiosenne ziele, kiedy się pojawia, to znak, że przychodzi czas szortów i sandałów.
Więc jest trochę nie na temat jesienią, ale przypomniał mi się na widok wielkiej skrzyni zielonego, świeżego zielska na bazarze w pobliżu. Teraz to bardzo miłe skojarzenie, ale przez lata na samą myśl o szczawiu robiło mi się niedobrze: zielona breja z jajkiem, którą karmiło przedszkole, a potem stołówka szkolna, jawiła mi się niby kolejna część historii Freddiego Krugera. Pewnego letniego wieczoru koszmar minął i zamienił się w pyszny sos, znakomity do ryb.
Trzeba pół kilo szczawiu, masło, pudełko tłustej śmietany (18% minimum, lepiej 22%, i tym razem nie można fałszować jogurtem), soli, pieprzu i trochę soku cytrynowego (choć to niekoniecznie). Liście szczawiowe trzeba obrać z ogonków, i poddusić na maśle (nie rozdrabniać!) — szybko zaczną się rozpadać i powstanie purrée. Wtedy dodaje się śmietanę — sporo, bo trzeba zrównoważyć naturalny kwas szczawiu. Można dodać trochę cytryny, ale tylko jeśli się lubi rzeczy zdecydowanie kwaśne (i to na dwa sposoby na raz). Na koniec trochę soli i pieprzu i gotowe. Wyborne z rybami, np. z dwukolorową kombinacją jakiejś białej ryby (grenadier lub sola chociażby) i różowej (niech będzie łosoś). To, które mnie zauroczyło, to był labraks (loup de mer) z łososiem właśnie.
postrach przedszkoli inaczej, czyli sos szczawiowy
poniedziałek, 17 wrzesień 2007 autor: cuppediae