Karmienie dzieci wydaje mi się o tyle konieczne, że jakoś muszą z nich wyrosnąć dorośli. Poza tym można im w tym wieku zaszczepić dobry gust kulinarny lub je zniechęcić (dlaczego ludzie nie lubią szpinaku? — bo w przedszkolu było ohydny (lista grzechów przedszkolnych i szkolnych kuchni jest dłuższa). Racuchy to jest jednak coś ciepłego, mile parującego, podwieczorkowego. Dobre są z jabłkami, które nadają im wyrazistości, ale można dodać też gruszki, a w sezonie — też rabarbar.
Ciasto robi się z mleka, mąki, jajek i proszku do pieczenia (na pół litra mleka ok. 40 dkg mąki, pół łyżeczki do łyżeczki proszku, dwa jajka; ciasto ma być dość luźne i lejące się, podobne do naleśnikowego). Do tego wkrawa się jabłka — koniecznie kwaśne i jędrne (boikeny na przykład lub renety) lub gruszki (raczej miękie w rodzaju ber). Smaży się na oliwie, gotowe odsącza na papierze (tłuszcz powinien zostać tylko tłustym wspomnieniem), posypuje cukrem pudrem lub cukrem z wanilią. Jest też wariant tego ciasta z mleka zsiadłego, ale przyznam, że ja go w swoim repertuarze nie mam.