Nie przepadam za nimi, ale mam przyjaciół uwielbiających czekoladę, a brownies robi się w 15 minut (+20 pieczenia). W środku powinny być wilgotne (czyli nie powinno się ich zanadto spiec), dobrze jeśli z orzechami włoskimi, ale można dodać też innych, mniej kanonicznych bakalii. Na tabliczkę gorzkiej (ja biorę 90-procentowego Wawela) czekolady 150 gramów cukru i 50 gramów mąki. Zwykle daję mniej cukru, a dorzucam cukier z prawdziwą wanilią, żeby piękniej pachniały. Ok. 5 dkg orzechów lub innych bakalii, lub mieszanki bakalii. 3 jajka i 100 gramów masła. Można oczywiście zamiast czekolady wziąć kakako, wtedy warto dodać tłustej śmietanki.
W bain-marie rozpuszcza się czekoladę z masłem (IKEA ma fajne naczynia do rozpuszczania czekolady), a w osobnym naczyniu ubija się jajka z cukrem, a potem stopniowo też z mąką. Przestudzoną czekoladowo-maślaną masę dodaje się do masy jajecznej, a do całości — ubitą na sztywno pianę, delikatnie, żeby nie opadła. Całość piecze się ok. 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180-200°C (trzeba pilnować). W domu pachnie jak w zakładach Orion w Pradze (teraz Nestlé), gdzie produkowali batoniki Deli i czekoladę marki Studentská, od której odechciewało się być studentem, oraz cukierki BonPari, no i oczywiście Lentilky (od których się chciało, bo są fajne).
Druga tabliczka czekolady będzie potrzebna na polewę: topi się ją w kąpieli wodnej, dodaje ok. 120 gramów masła i ok. 100 gramów cukru pudru, dobrze przesianego, wszystko się miesza, aż powstanie gładka masa, można dodać trochę mleka lub śmietanki. Ja dodaję czasem pachnącego likieru (Amaretto lub Cointreau lub Grand Marnier). Glazurą smaruje się ciasto, a po ostygnięciu tnie się je w kwadraty.